#1/katowice/wspólne

eta pisze: 
mam napisać coś głupiego - rozkaz dostałam. palce mi fruwają po klawiaturze, muszę kasować przypadkowe ciągi znaków, bo to nie natchnienie, a jego brak. bez przesadnych metaforyzacji, bez upiększeń, impresjonizmów słownych i poetyki - katowice. miejsce - centralny punkt - punkt odniesienia - początek. dwa lata temu, w pewien późnokwietniowy poniedziałek zdecydowaliśmy się doprowadzić do końca to szaleństwo, jakim był pomysł pierwszego spotkania, a co za tym idzie -  pierwszego dotyku i pierwszego pożegnania. od tego momentu nieustannie zmierzamy ku jakiemuś świetlistemu końcowi, chociaż to wciąż ledwo początek nas. niekoniecznie w pełni zdawaliśmy sobie sprawę z poświęceń na jakie te kilkanaście godzin i kilkaset kilometrów pomiędzy na nas wymuszą. to jedna z tych historii książkowych, które w tym konkretnym momencie kończyły się słowem koniec i pozostawiały wyobraźni czytających pełne pole do popisu, jeśli się chciało wiedzieć co dalej. nasza jednak z książkowymi nie ma nic wspólnego, bo w momencie końca nie mieliśmy zapisanych nawet stu stron, a to całe co dalej dla nas okazało się nieustannym czekaniem, świadomością, że każda nasza porażka to nieprzespane noce w osobnych łóżkach, to rzucanie telefonem, klawiaturą, łamanie piór w pociągach i więcej samotnych dni, samotnych poranków, a każdy możliwy progress, każde rozumiem i każde będzie dobrze przekłada się na spokojne oddechy, kanapki z serem, pomidorem i oregano, jeszcze więcej przyjazdów i odjazdów, biletów w portfelach, i na nerwowo, ze zniecierpliwieniem wypalane papierosy. 
ale - coby jeszcze bardziej nie zboczyć z tematu - wracając do katowic: tym razem znaleźliśmy się tam, bo były po drodze do miasta kraków. skąd kraków? otóż, postanowiliśmy odetchnąć, zebrać trochę sił (jak się później okazało - siły duchowe, mentalne, psychiczne i owszem, zostały w jakiś sposób podreperowane, czego nie można było powiedzieć o tych fizycznych) i w ostatnią sobotę kwietnia, spakowani i niewyspani, podwiezieni przez mamę ruszyliśmy w stronę najbardziej przereklamowanego, ociekającego tanim romantyzmem i plastikiem miasta (nie linczujcie mnie, odniosę się do tego później i wytłumaczę co i jak). plany były ambitniejsze, kraków sam w sobie celem być nie miał, a jedynie jednym z podpunktów na wyjazdowej liście to-do, ale z racji naszego lenistwa nie wyszło. jak wyszło to się będzie można jednak dowiedzieć dopiero z następnych postów. 
w katowicach sobotnich odwiedziliśmy rossmana, poprzeglądaliśmy książki na stoiskach z używanymi (porady dla młodych drajwerów to było ugodzenie w moją kobiecość - zdam za pierwszym!, a do siedmiu sztuka), poczekaliśmy na spóźniony pociąg i przy okazji wymyśliliśmy dobry biznes. trochę się poubolewało nad wyglądem dworca (katowicka dworcowa estakada to było miejsce święte - magia łapania się za ręce po raz pierwszy podczas wchodzenia i pozbywanie się dziurawych trampek, wskakiwanie do autobusu w jednej stopie obutej a drugiej tylko zaskarpetkowanej pod tąże) i ostatecznie (w końcu!) wsiąść się nam udało do zapchanego pociągu relacji wrocław - przemyśl. 
o katowicach będzie jeszcze niejedno (słowo, zdjęcie), póki co kilka pstryków dźwigów, mojej buźki oraz miejsc szczególnych.

rafał pisze: 
tylko mnie jak zwykle na zdjęciach nie ma.








4 komentarze:

  1. Całkiem fajne ujęcia, najbardziej podoba mi się to odbicie żurawia na tablicy, chyba to dworcowa tablica odjazdów i przyjazdów na peronie... ach ile analogowe ujęcia mają wspólnego ze starymi dworcami... piękne wspomnienia.

    OdpowiedzUsuń
  2. ładne te zdjęcia, misie pysie.

    OdpowiedzUsuń
  3. chcę kontynuacji, ot co

    OdpowiedzUsuń
  4. Jesteście takimi Pięknymi ludźmi.

    OdpowiedzUsuń