#11/ maj






eta pisze:
maj się kończy. piję którąś tam kawę, zagryzam arbuzem, przeglądam poniedziałkowego newsweeka (jestem warta ledwo sto dolarów), czekam na telefon. takie dni jak ten dzisiejszy nie są najlepsze. od rana chodzi mi po głowie bowie, dużo myślę, mało mówię (i'm a thinker, not a talker), człowieku, który sprzedałeś (mój) świat: nie tracimy kontroli, czasem tylko oddychamy (umieramy) innym powietrzem
żadne obce lądy nie są tak dobre jak swoje.

zdjęcia z początku maja, był bez (jako metafora rozkwitu wewnętrznego, wiosny duchowej etc.), spacer do mojej Babci i hipsterskie fotki przy torach i nad stawem.

ps. słowa jak broń, więc należy obchodzić się ostrożnie. i mieć pozwolenie również. 

#10/ morze.

Rafał pisze:
A Eta była pierwszy raz nad morzem!!






eta pisze:
ja od zawsze wiedziałam, że mam swoje miejsce na północy, że ten śląsk, którego z serca nie wyrwę, bo jak (śląsk to węgielki i ciepło, to dobre miejsca i katowice, dobrzy ludzie tuż obok),  ten śląsk jest tylko etapem przejściowym.
dawno się tak nie cieszyłam, nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam tak szczęśliwa jak w ten sobotni poranek. najpierw lata oczekiwania, a później, z braku doświadczenia z bezkresem, z ogromem wód zabrakło mi słów na dłuższą chwilę i to był chyba ten moment w którym już się zdecydowałam. i zdania nie zmienię. masz mnie tym.
to była moja pierwsza tak daleka podróż pociągiem. i pierwsza podróż do Ciebie. za towarzyszkę miałam kasię, ale tak naprawdę to była podróż samotna. dużo rzeczy zjadł we mnie strach, dużo rzeczy strawiło strach. i później było jak chciałam: byłeś tym, który pokazał mi morze.
tyle pierwszych razów, ze spokojem stawiam kropki, zamykam oczy, zasypiam i mówię. tęskniłam do tego prawie tak samo bardzo jak do Twoich ramion.
to wszystko jest tak pretensjonalne, taka egzaltacja, takie bożonarodzeniowe szczenięce podniecenie, ale wystarczyło wrócić do domu, by uświadomić sobie, że naprawdę żadne miejsce nie będzie dobre, jeśli za obecność ma się jedynie jej substytut w postaci zielonej bluzy i zapachu. i to już nie jest ważne czy północ czy południe, czy pomorze czy śląsk, czy to będzie ta chora polska czy może skandynawia - ważniejsze, żeby udało nam się dopasować rzeczywistość do naszych planów.
przygryzam teraz wargę i myślę, że zaznaczyłam już swój teren. że to już jest miejsce, z którego się nie da wrócić, a jeśli któreś z nas spróbuje, to spokojnie może nazwać to tchórzostwem.

wracając, spałam niespokojnie. gdy przebudziłam się, a w słuchawkach słychać było to, pomyślałam, że jadę w złym kierunku.


#9/pociągi/katowice/whisky

Rafał pisze:
Nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić, jak miło było wyjechać z Krakowa. Jeszcze nas trochę pomęczył w pociągu, gdzie temperatura była ponad normę, a nie mieliśmy co pić. :< No ale można wiele przetrwać, jeśli jedzie się (znów) w kierunku Katowic. Odwiedziliśmy McDonald'sa na Stawowej, zrobiliśmy się butelką whisky i (zapominając uprzednio o wciągniętych kaloriach) poszliśmy w miasto. Jeśli ktoś myśli, że po tej butelce bliżej nam było ku skończeniu się, to niestety się myli. To był dopiero początek dosyć ciekawej nocy spędzonej po części na dworcu, po części na nogach, a po części pod całodobowym Tesco. Takie rzeczy tylko w Kato i tylko z nami.









#8/pociągi




eta pisze:
powtarzam sobie cały czas, że jestem oazą. ale mi nie wychodzi.
podobno będzie balkon i jak będę chciała uciekać, to trzeba mi będzie skakać (w szpilkach i sukience, świetnie, puttkammer, świetnie to wymyśliłeś).
odliczam dni.

#7/Kraków

Rafał pisze:
Z głośników leci 'One more trip' Bang Gang. Wszystko było inaczej, niż mogło być. Mieliśmy zabawę, nie mieliśmy dokąd pójść, bez kierunku, byliśmy tam sami. Jeszcze przed wyjazdem czułem, że ten utwór będzie o nas, a stało się inaczej. Mieliśmy zabawę, przygarnęła nas Daria (która nie lubi być na zdjęciach, więc przynajmniej jest kawałek jej głowy i dłonie), kierunek był (Katowice) i nie byliśmy sami. Byliśmy razem i to wystarczyło. 
Pojawiłem się w końcu na zdjęciu. Wszystkie poniższe wykonane u Darii zostały, w jej megamyslopokoju. 

Eta okropnie zaburzyła chronologię poprzednim postem. Najwyraźniej miała taką potrzebę, by pokazać jak wygląda Kasia.   










#6/majówka






eta pisze: nieco psując chronologię, zamieszczam słit zdjęcioszki z naszej cudnej majówki.
R. pokazał, że w naszym związku to on jest prawdziwym mężczyzną i oprócz zrobienia sałatek, grillowania mięsa i bycia panem stołu, także pozmywał.
na zdjęciach Kasia i Szela. Kasia jest bardzo miłą, mądrą i ładną dziewczyną, co nie przeszkadza jej w byciu równie uroczą blondynką (cichy hejt jako zamierzona gra słów), a Szela, jak widać, jest z ohio.

Rafał pisze:
Wątpiłaś?

#5/kraków

Rafał pisze:
Kraków przywitał nas świetną pogodą. Mieliśmy za sobą krótką noc i dwie dwugodzinne podróże pociągami i jedyne, czego nam brakowało, to właśnie upał i tłum ludzi. Plecaki w depozycie, więc poszliśmy w stronę rynku. Nie spędziliśmy na nim ani chwili, poza dwukrotnym przejściem przez. 
Zbawieniem okazało się zimne piwo za 7 zł, a jego miłe wspomnienie towarzyszyło nam, gdy wracaliśmy z rynku. Po krótkim postoju u Darii, około 20 poszliśmy nad Wisłę, bo to przecież królowa polskich rzek, duma narodowa, a i Wawel z jej brzegów ładnie widać. Siedzieliśmy na trawie pijąc piwo i walcząc z komarami. I wtedy wydarzyło się coś dziwnego, co zauważyłem dopiero po otrzymaniu skanów. Zrobiłem trzy zdjęcia ładnie oświetlonego nocą zamku i jego odbicia w rzece. Z trzech zdjęć na kliszy zostało jedno, a  to, co jest na nim, za nic nie przypomina tej perełki architektury. Może wina leży w tym, że wśród kilku, niedawno wyciągniętych z lodówki piw, były też dwie puszki lecha. Ciekawe co na to redakcja niewiarygodne.pl? 

Kraków jeszcze nigdy tak jak dziś, a ja myślę, że nie umiałbym tam żyć, ani pojechać tam, by znów zobaczyć to miasto. Bez powodzenia szukałem w nim klimatu, który można wyczuć w piosence Kraków zespołu Myslovitz. Już nawet głos Rojka i Grechuty nie przekonują mnie do byłej stolicy. Myślę, że musiałabyś zniknąć, żebym w okolicach krakowskiego rynku włączył sobie ten utwór i zapałał jakąś większą sympatią do tego miejsca. Chociaż nie wiem, czy byłaby to sympatia, czy może katowanie się wspomnieniami, jak niedawno. Kraków, Kraków i Ty, to nie tak dobre połączenie, jak Katowice, Ukryte i Ty. 










#4/pociągi


eta pisze:
tęsknię do pociągu (tego pomiędzy nami), spania w koszulce zdjętej chwilę wcześniej z Ciebie i momentów, kiedy w przerwach pomiędzy głosem jacka white'a i dana auerbacha wyraźnie słyszę Twój oddech. 
(przy okazji przenosin na nowy dysk znajduję plik z wierszami czerskiego. pośpieszne, osobowe. sprawdź pocztę)


#3/kraków




eta pisze:
ja, kraków i kraków. kraków - jako miasto z klimatem - nie przekonał do siebie, ale to tylko wina temperatury zbyt wysokiej, plecaków zbyt ciężkich i daty jakże nietrafnej, nieprzemyślanej. crowded places to nie są miejsca dla takich jak my i to pewnie dlatego przyjeżdżając do katowic dzień później poczułam się tak, jakbym weszła do domu i przebrała się w stare ciuchy.


Rafał pisze:
Eta, Kraków i Kraków. Kraków można odwiedzić raz w życiu i nawet wtedy jest mocno przereklamowany. Wyjazd z Katowic nie był aż takim świetnym pomysłem. Pociąg TLK relacji Wrocław Główny - Przemyśl przyjechał z opóźnieniem, a i niespodziankę nam sprawił, gdy okazało się, że zamiast siedzieć i cierpieć z powodu ciepła, mieliśmy możliwość przebywania wśród ludzi na korytarzu przy otwartym oknie. Tak, za oknem były fajne widoki. W naszych głowach powstało kilka pomysłów na zaadaptowanie kilku ciekawych budynków, których lokalizacji nie ogarniam. 
Wyszliśmy na plus z kilkoma rozmowami, pomysłami na życie i zdjęciami. 
Dziś jest marne 10 stopni, Sopot nie jest specjalnie przyjazny dla mnie. Szczególnie, gdy E. jest ode mnie te pięćset kilometrów, czyli właściwie prawie zawsze. Jeszcze kilkanaście dni, kilkanaście miesięcy.

#2/pociągi

Rafał pisze:
Jadę do Gdańska. W plecaku piwo, woda mineralna, kanapki kupione w markecie, zapas filmów, aparat, jakieś ubrania, szczoteczka i pasta. Mam dwadzieścia minut, by się przesiąść w Gdańsku. Bilety kupiłem już wcześniej, więc spokojnie spalam dwa papierosy, kupuję kolejną paczkę, wstępuję do McDonaldsa po kilka kanapek. Zawsze zjadam wszystko w nocy i nad ranem umieram z głodu. 
Na peronie zaczepia mnie chłopak w moim wieku. Dostaje papierosa, rozmawiamy. Dobry gość, całe życie na jego barkach, a mi ciężko czasem wstać z łóżka. W Tczewie wysiada, zagadaliśmy się. Jesteś zła, bo nie napisałem, czy już jadę. Później Ci przejdzie. Później zasnę, chociaż sen mój wyjątkowo zły był. Może było (za)zimno, może to strach przed zobaczeniem Ciebie. To nasz pierwszy raz, gdy to Ty czekasz na mnie na katowickim dworcu. Każdy z moich przyjazdów miał w sobie coś z pierwszego razu. 
Patrzę przez okno, oczy się zamykają, zimno mi i plecy bolą. Myję zęby, płucząc usta w mineralnej. To jeszcze nie ten czas, gdy można otworzyć okno i wdychać ciepłe powietrze o zapachu rdzy, spalin i pociągu. Mam jeszcze godzinę, więc zamykam oczy. Wyobrażam sobie jak możesz wyglądać. Zobaczymy się przecież znów pierwszy raz. 



eta pisze:
martwię się o Ciebie, a Ty nazywasz ten strach złością.




#1/katowice/wspólne

eta pisze: 
mam napisać coś głupiego - rozkaz dostałam. palce mi fruwają po klawiaturze, muszę kasować przypadkowe ciągi znaków, bo to nie natchnienie, a jego brak. bez przesadnych metaforyzacji, bez upiększeń, impresjonizmów słownych i poetyki - katowice. miejsce - centralny punkt - punkt odniesienia - początek. dwa lata temu, w pewien późnokwietniowy poniedziałek zdecydowaliśmy się doprowadzić do końca to szaleństwo, jakim był pomysł pierwszego spotkania, a co za tym idzie -  pierwszego dotyku i pierwszego pożegnania. od tego momentu nieustannie zmierzamy ku jakiemuś świetlistemu końcowi, chociaż to wciąż ledwo początek nas. niekoniecznie w pełni zdawaliśmy sobie sprawę z poświęceń na jakie te kilkanaście godzin i kilkaset kilometrów pomiędzy na nas wymuszą. to jedna z tych historii książkowych, które w tym konkretnym momencie kończyły się słowem koniec i pozostawiały wyobraźni czytających pełne pole do popisu, jeśli się chciało wiedzieć co dalej. nasza jednak z książkowymi nie ma nic wspólnego, bo w momencie końca nie mieliśmy zapisanych nawet stu stron, a to całe co dalej dla nas okazało się nieustannym czekaniem, świadomością, że każda nasza porażka to nieprzespane noce w osobnych łóżkach, to rzucanie telefonem, klawiaturą, łamanie piór w pociągach i więcej samotnych dni, samotnych poranków, a każdy możliwy progress, każde rozumiem i każde będzie dobrze przekłada się na spokojne oddechy, kanapki z serem, pomidorem i oregano, jeszcze więcej przyjazdów i odjazdów, biletów w portfelach, i na nerwowo, ze zniecierpliwieniem wypalane papierosy. 
ale - coby jeszcze bardziej nie zboczyć z tematu - wracając do katowic: tym razem znaleźliśmy się tam, bo były po drodze do miasta kraków. skąd kraków? otóż, postanowiliśmy odetchnąć, zebrać trochę sił (jak się później okazało - siły duchowe, mentalne, psychiczne i owszem, zostały w jakiś sposób podreperowane, czego nie można było powiedzieć o tych fizycznych) i w ostatnią sobotę kwietnia, spakowani i niewyspani, podwiezieni przez mamę ruszyliśmy w stronę najbardziej przereklamowanego, ociekającego tanim romantyzmem i plastikiem miasta (nie linczujcie mnie, odniosę się do tego później i wytłumaczę co i jak). plany były ambitniejsze, kraków sam w sobie celem być nie miał, a jedynie jednym z podpunktów na wyjazdowej liście to-do, ale z racji naszego lenistwa nie wyszło. jak wyszło to się będzie można jednak dowiedzieć dopiero z następnych postów. 
w katowicach sobotnich odwiedziliśmy rossmana, poprzeglądaliśmy książki na stoiskach z używanymi (porady dla młodych drajwerów to było ugodzenie w moją kobiecość - zdam za pierwszym!, a do siedmiu sztuka), poczekaliśmy na spóźniony pociąg i przy okazji wymyśliliśmy dobry biznes. trochę się poubolewało nad wyglądem dworca (katowicka dworcowa estakada to było miejsce święte - magia łapania się za ręce po raz pierwszy podczas wchodzenia i pozbywanie się dziurawych trampek, wskakiwanie do autobusu w jednej stopie obutej a drugiej tylko zaskarpetkowanej pod tąże) i ostatecznie (w końcu!) wsiąść się nam udało do zapchanego pociągu relacji wrocław - przemyśl. 
o katowicach będzie jeszcze niejedno (słowo, zdjęcie), póki co kilka pstryków dźwigów, mojej buźki oraz miejsc szczególnych.

rafał pisze: 
tylko mnie jak zwykle na zdjęciach nie ma.